Historia alkoholu jako lekarstwa

Jak wiadomo, pierwszy traktat o zastosowaniu wina w leczeniu chorób został napisany przez Asklebiadesa (131-40 r. p.n.e.), greckiego lekarza praktykującego w Rzymie. Niedługo potem św. Paweł miał zalecać Tymoteuszowi: „używaj natomiast po trosze wina ze względu na żołądek i częste twe słabości” (1 Tm 5, 23). Ta admonicja wprawiła następnie w zakłopotanie orędowników wstrzemięźliwości, ale uporano się z nią sprawnie, interpretując słowa św. Pawła w ten sposób, że wynika z nich, iż alkohol miał i wtedy, i teraz służyć jako środek do czyszczenia ścian żołądka. O ile pogląd, że alkohol korzystnie działa na organizm ludzki, ma tak długą historię, to jest zarazem dość nowoczesnym przekonaniem, tkwiącym we współczesnej świeckiej mądrości. Whisky stanowi popularne remedium na zaziębienie; któżby śmiał zakwestionować ściśle medyczną motywację, która kierowała biedakiem cierpiącym na katar, kiedy raczył się gorącym grogiem? Brandy uznaje się powszechnie za specyfik stosowany w przypadku silnych przeżyć. „Guinness” – mówi nam słynny plakat reklamowy – „jest dobry dla ciebie”. Szampan pomoże wyleczyć się niemal z każdej choroby. „Kieliszek przed snem” to samopomocowy środek uspokajający.

Lek z pogranicza medycyny

W przypadku środków psychoaktywnych to, co uznaje się za ich działanie odprężające, w przeciwieństwie do zastosowania medycznego przypomina często próby określenia, gdzie przebiega niewyraźna granica na rozmytej mapie. Niepewność pojawia się prawdopodobnie w zależności od tego, czy przyglądamy się historycznym świadectwom, czy dzisiejszemu zastosowaniu narkotyków. Zanim zajmiemy się specjalnym przypadkiem alkoholu, rozszerzmy pole zainteresowania i zobaczmy, czego można się dowiedzieć ze zbadania sposobu, w jaki narkotyki – ogólnie rzecz biorąc – prowadzą do stawiania pytań o granice między medycyną i nie-medycyną. Weźmy choćby dziewiętnastowieczne stosowanie opium jako jeden z przykładów tego typu problemów. Na początku XIX wieku w Anglii każdy mężczyzna, kobieta i dziecko spożywali średnio około 120 standardowych dawek opium rocznie. Dostęp do lekarzy był ograniczony zwłaszcza dla biedoty – większość opium ordynowano sobie samodzielnie i kupowano w pobliskim sklepie bez żadnych prawnych ograniczeń. Sprzedawano je w postaci pigułek albo jako roztwór alkoholowy – laudanum. Opium stosowano przeważnie samodzielnie w celu leczenia ogólnych dolegliwości w epoce, kiedy brakowało innych sposobów leczenia objawów. Nie było na przykład innego sposobu leczenia kaszlu. Kurowano się na własną rękę, jakkolwiek dziś samodzielne stosowanie medykamentów jest ważnym sektorem terapeutyki, o czym świadczy ogromna gama lekarstw dostępnych bez recepty. Dziewiętnastowiecznych komentatorów zaczęło jednak niepokoić nie tyle dowolne i coraz powszechniejsze kupowanie w pokątnych sklepikach opium zalecanego do leczenia ogólnych dolegliwości, ile krążące pogłoski, że robotnicy w Manchesterze dodają opium do piwa, stosując tak zwane „pobudzanie” – czyli, innymi słowy, zażywają opium dla odprężenia.

Alkohol jako lekarstwo

Oto, co autor artykułu opublikowanego niedawno w „British Medical Journal” [„Brytyjski Dziennik Medyczny”] miał do powiedzenia na temat leczniczych właściwości alkoholu: Ludzi powinno się traktować jak dorosłych i mówić im o faktach. Trzeba je drobiazgowo analizować, choć w ogólnym zarysie są one dość jasne: w średnim wieku i na starość niewielka ilość alkoholu wypijana codziennie w postaci l—i drinków zmniejsza ryzyko przedwczesnej śmierci, niezależnie w jakiej formie jest spożywana. Słowa te wypowiedział sir Richard Doli, emerytowany profesor wydziału medycyny Uniwersytetu w Oksfordzie i wielkiej sławy badacz, który wydatnie przyczynił się do ustalenia zależności między paleniem papierosów a rakiem płuc. Debata na temat domniemanych korzyści zdrowotnych z picia alkoholu wykroczyła poza czasopisma naukowe i stała się gorącym tematem środków masowego przekazu. Kiedy w amerykańskim programie telewizyjnym zasugerowano, że czerwone wino jest specyfikiem zapobiegającym chorobom serca, sprzedaż tego produktu natychmiast skoczyła w górę. Myśl, że alkohol jest dobry na serce, z pewnością jest korzystna dla przemysłu monopolowego. Wielu lekarzy zaczęło z pełnym przekonaniem przekładać stwierdzone odkrycia badawcze na przyjazne porady dla pacjentów na linii frontu w klinice – „Proszę pić przez wzgląd na serce, panie i pani Smith. Alkohol jest pożytecznym lekiem, powinni państwo zapoznać się z faktami”. Ale jakie to fakty? W rozdziale tym w pierwszej kolejności przyjrzymy się następującej kwestii: co powoduje, że zażywanie jakiegoś specyfiku zyskuje status medycznego zastosowania? Następnie przedstawimy długą, zadziwiającą i w dużej części zapomnianą historię skandalicznego zamiłowania środowiska lekarskiego do alkoholu jako leku. Później przyjrzymy się najnowszym badaniom nad alkoholem i chorobą wieńcową. Wreszcie, zakładając, że świat miałby zaakceptować w zasadzie tezę, iż alkohol jest skutecznym środkiem zapobiegającym chorobom serca, jakie byłyby potencjalne społeczne następstwa przekształcenia alkoholu w lekarstwo?

Wojna na froncie powrotu do normalnego picia – na czym teraz stoimy?

Kwestię tę należy przedyskutować z dwóch różnych punktów widzenia. Po pierwsze, pojawia się pytanie: jaki kliniczny i naukowy konsensus wyłonił się z tego sporu. Czy w świetle zdobytej wiedzy należy mówić alkoholikom, że wedle nauki jest bezpieczne i rozsądne, by podejmowali próbę towarzyskiego picia? Co powinniśmy powiedzieć zdesperowanemu urzędnikowi, którego opisywał Gough? Po drugie, cóż więcej mówią nam dzieje tego sporu, pełne konfliktów i gwałtownej pasji, o naturze społecznych postaw wobec tej dwuznacznej i siejącej niesnaski cząsteczki alkoholowej? Pierwsze pytanie dotyczy nauki, drugie – areny działań; zajmijmy się nimi po kolei. Jeżeli chodzi o naukę, w ciągu lat, jakie upłynęły od 1962 roku, udoskonalono znacznie umiejętność zdefiniowania przedmiotu dyskusji. Było to istotne dla jakości i znaczenia argumentacji. Termin Daviesa „uzależniony od alkoholu” i sformułowanie Jellinka „alkoholik typu gamma” stosowane przez Sobellów zyskały akceptację w stosownym czasie, brakowało im jednak precyzji jako środkom służącym identyfikacji przypadków. Według dzisiejszych poglądów do definicji przypadku najlepiej podchodzić w ramach koncepcji zespołu uzależnienia (zob. rozdział piąty). Jak już podkreślaliśmy, wedle tej koncepcji stan uzależnienia nie oznacza „wszystko albo nic” (być uzależnionym albo nieuzależnionym), ale jest czymś, co można doświadczać w różnym i wymiernym stopniu (być bardziej lub mniej uzależnionym).

No i następny

W pięciu pozostałych przypadkach materiał dowodowy wyraźnie wskazywał, że każdy pacjent miał poważny problem alkoholowy zarówno w okresie objętym przez Daviesa badaniami kontrolnymi, jak i później aż do chwili przeprowadzenia wywiadu. W grupie tej był również mężczyzna, który zgłosił się do szpitala Bethlem i który do czasu późniejszych badań kontrolnych był już stałym rezydentem kliniki psychiatrycznej ze względu na uszkodzenia mózgu powstałe w wyniku nadużywania alkoholu. Wnioski w sprawie tych pięciu mężczyzn potwierdziło późniejsze zestawienie danych uzyskanych w trakcie wywiadów i z materiału dowodowego z rejestrów medycznych. W pięciu przypadkach trudno było wyciągnąć inny wniosek jak tylko ten, że opublikowane konkluzje Daviesa nie znajdowały potwierdzenia. Nic jednak nie świadczyło, by Davies z rozmysłem sfałszował swoje odkrycia. Chodzi raczej o to, że metody, jakimi się posłużył, choć akceptowane w czasie, gdy prowadził swoje badania, nie były najwłaściwsze, by ustalić prawdę w trybie skomplikowanego przepytywania, gdzie aktywne zatajanie prawdy dla niektórych badanych mogło być rodzajem gry. Rezultaty tych dalszych badań kontrolnych opublikowano w 1985 roku.

Przedstawienie wyników

Sumując wszystko, rezultaty ponownego przeglądu okresu po zakończeniu leczenia przedstawiały się następująco. W przypadku jednego z pacjentów stwierdzono na podstawie przekonującego materiału dowodowego, że po krótkim, początkowym okresie abstynencji ustalił się model picia towarzyskiego utrzymywany aż do momentu przeprowadzenia wywiadu. Było to, bez dwóch zdań, „normalne picie”. Jednak kliniczna ocena tego człowieka wykazała, że choć wcześniej nadużywał alkoholu, nigdy nie był znacząco uzależniony. Tak więc według terminologii Daviesa w ogóle nie kwalifikowałby się jako „uzależniony” i nie powinien zostać włączony do pierwotnej serii przypadków. W tym czasie badacze mieli już daleko większą możliwość zdefiniowania i rozpoznania uzależnienia (czyli zespołu uzależnienia alkoholowego), niż było to dane Daviesowi. Był też pacjent poważnie uzależniony od alkoholu w chwili przyjęcia do szpitala Maudsleya, który twierdził, że później zatrzymał się na poziomie umiarkowanego picia towarzyskiego. Żona potwierdziła tę relację, zaś w aktach medycznych nie było żadnej wzmianki o jego późniejszych problemach alkoholowych. Mimo to w czasie popołudniowego wywiadu czuć było od niego alkohol, pacjent odmówił wykonania badania krwi i wspaniałomyślnie, i co najmniej nieoczekiwanie, zaoferował drinka ankieterowi, który odwiedził go w domu.

Zakończenie odwyku

Co więcej, przegląd ewidencji przypadków w szpitalu Maudsleya ujawnił, że w okresie po zakończeniu kuracji odwykowej Daviesa pijący ten przychodził do przychodni przyszpitalnej i swobodnie rozmawiał z jednym z pracowników Daviesa o swoim przewlekłym problemie alkoholowym. Informacja ta nie dotarła jednak do Daviesa, kiedy pisał raport z badań, teraz zaś zdaliśmy sobie sprawę z tego, że w ogóle nie wykorzystał rewizji protokołów jako metody potwierdzającej wiarygodność badań. Rozprawa Daviesa z 1962 roku miała tak przełomowe znaczenie dla ewolucji powojennych badań w dziedzinie alkoholizmu, że zaproponowałem mu w związku z tym późniejszym odkryciem, byśmy wspólnie podjęli próbę prześledzenia pozostałych sześciu przypadków z tej serii. Nie pamiętał on jednak nazwisk pacjentów, więc nie byliśmy w stanie dotrzeć do oryginalnej kartoteki. Ale na krótko przed śmiercią Daviesa i całkiem przez przypadek udało mi się zidentyfikować tych zaginionych sześciu pacjentów na podstawie dokumentów przechowywanych w opuszczonym biurze, w którym dwadzieścia lat wcześniej znajdowały się akta dotyczące pacjentów wypisanych z oddziału odwykowego Daviesa. Odtworzono dawną kartotekę przypadków i uruchomiono intensywny projekt mający na celu zbadanie losów sześciu pacjentów, którzy zakończyli leczenie odwykowe. Niestety Davies umarł, zanim poznał rezultaty tego projektu, który prześledził losy jego pacjentów w 29-34 lata po pierwszym wypisaniu ze szpitala Maudsleya. Przeprowadzono szczegółowe osobiste wywiady z pięcioma z nich, z jednym rozmawiano tylko telefonicznie, jeden już nie żył. Rozmawiano również z krewnymi i za zezwoleniem zbadano kartoteki lekarza ogólnego i akta szpitalne.

Ostre picie

W trakcie rutynowego wywiadu klinicznego stało się oczywiste, że ten pacjent pił ostro w okresie po zakończeniu eksperymentu Daviesa. Nie było żadnych dowodów wskazujących na to, by kiedykolwiek pił normalnie, tak jak Davies twierdził w swoim artykule. Żona pacjenta powiedziała nam teraz, że wcześniej podała nieprawdziwe informacje, po które zwróciła się do niej asystentka Daviesa. Postąpiła tak w obawie przed przemocą grożącą jej ze strony pijanego męża, który przyczaił się na zapleczu rodzinnego sklepu. Asystentka nigdy nie rozmawiała z pacjentem – gdyby to uczyniła, prawdopodobnie wyszłoby na jaw jego zamroczenie alkoholowe. Rozmaite poboczne dowody wskazywały, że straszne relacje, które teraz gromadziliśmy o piciu pacjenta od chwili jego zwolnienia spod opieki szpitalnej Daviesa, nosiły bardzo duży stopień prawdopodobieństwa. Do czasu przypadkowego przyjęcia tego pacjenta do szpitala Bethlem nikt z nas, tych, którzy znali badania Daviesa, nie wyobrażał sobie, że można by kwestionować rozprawę z 1962 roku. Okres po zakończeniu leczenia odwykowego wymagał pozornie starannego sprawdzenia we wszystkich siedmiu przypadkach sprzeczności między relacją pacjenta a zeznaniem członka rodziny. Jeżeli należało wierzyć mężowi i żonie, nie stało się tak jednak w przypadku pacjenta, który teraz przez przypadek stanął nam na drodze.

Rewizyta u Deana

Artykuł Marlatta zamieszczony w „American Psychologist” poświęcony był pamięci niedawno zmarłego D.L. Daviesa. Marlatt z uznaniem cytował Daviesa, a rozprawę z 1962 roku określił jako brzemienną w skutki. Nieznany Marlattowi pacjent, który był jednym z siedmiu słynnych pacjentów Daviesa, poddanych badaniom kontrolnym, został później przyjęty na oddział leczenia odwykowego w Królewskim Szpitalu Bethlem, placówce bliźniaczej do Szpitala Maudsleya. Szpitale Bethlem i Maudsley funkcjonowały w bliskiej łączności z Instytutem Psychiatrii, akademickiej odnogi całego klinicznego, edukacyjnego badawczego kompleksu uniwersyteckiego, i Krajową Służbą Zdrowia. Davies odszedł na emeryturę z uniwersytetu i Krajowej Służby Zdrowia w 1976 roku, lecz prawie do śmierci pozostał aktywną i powszechnie szanowaną osobistością, którą na kampusie Maudsleya przyjmowano z wielką atencją. W tym miejscu nie obejdzie się bez uwagi natury osobistej. Davies był konsultantem-psychiatrą, dla którego pracowałem po dołączeniu do zespołu młodszego personelu w szpitalu Maudsleya w 1959 roku. Z początkiem 1967 roku zostałem mianowany na stanowisko konsultanta na niedawno otwartym oddziale odwykowym w szpitalu Bethlem. Kiedy pacjent z eksperymentu Daviesa, który „wrócił do normalnego picia”, został w latach osiemdziesiątych ponownie przyjęty do szpitala Bethlem w celu leczenia problemów alkoholowych, trafił pod moją opiekę.

Podsumował swoje wnioski następująco:

Dla niektórych obserwatorów diagnoza alkoholizmu nosi w sobie moralne piętno nowej szkarłatnej litery. Krytycy ci twierdzą, że współczesny model choroby alkoholowej nie jest niczym więcej jak tylko starym „moralnym modelem” (picie alkoholu jako grzech), przebranym w owczą skórę lub przynajmniej w biały fartuch lekarski. Pomijając już to, że podstawowe zasady teorii chorobowej należałoby jeszcze zweryfikować pod względem naukowym… zwolennicy modelu chorobowego nadal twierdzą z uporem, że alkoholizm jest jednolitym zaburzeniem, postępującą chorobą, którą można tylko czasowo powstrzymać przez całkowitą abstynencję. Z tego punktu widzenia alkohol dla niepijącego alkoholika symbolizuje owoc zakazany (sfermentowane jabłko), a alkoholowa wpadka równoznaczna jest z popadnię- ciem w niełaskę… Każdy, kto proponuje kontrolowane picie, zostaje napiętnowany jako agent szatana, namawiający naiwnego alkoholika z powrotem do grzechu pijaństwa… Marlatt najwyraźniej nie wziął pod uwagę tego, że na własny sposób mógł uwikłać się poniekąd w moralne oczernianie tych, którzy nie podzielali jego poglądów na naturę światła i prawdy.

error: Content is protected !!